niedziela, 5 lutego 2017

Borne Suliowo subiektywnym okiem Wędrowniczki :)


Do Bornego trafiłam w 2010 roku i od tamtej pory co roku spędzałam tam kawałek wakacji. I wiem, że nie odkryłam jeszcze nawet jednej czwartej tego, co warto jest zobaczyć w tych okolicach.

Garść historii.

Borne Sulinowo (niem. Gross Born) - niewielkie miasteczko w powiecie szczecińskim, województwo Zachodniopomorskie.


W latach 30 XX wieku na miejscu wsi Linde zbudowano garnizon wojskowy. W 1945 przejęła do Armia Czerwona i użytkowała do października 1992 r. W tym okresie miasto było wyłączone spod administracji polskiej. 5 czerwca 1993 nastąpiło uroczyste otwarcie miasta, a 1 października Borne Sulinowo otrzymało prawa miejskie.
[źródło - Wikipedia - https://pl.wikipedia.org/wiki/Borne_Sulinowo]


Miasteczko Gross Born i leżący nieopodal poligon zbudowali Niemcy tuż przed II Wojną Światową. 1 września 1939 roku pancerne oddziały Guderiana ruszyły stąd w kierunku Piły. W czasie wojny funkcjonował tu obóz jeniecki.
Niedaleko Bornego powstało drugie - nieistniejące dzisiaj - miasteczko Westwalenhoff (nazwa obecna Kłomino) w którym stacjonowały oddziały niemieckie.
W roku 1945 oba miasteczka zostały zajęte przez Armię Czerwoną i wyłączone spod polskiej jurysdykcji. Gross Born przemianowano na Borne Sulinowo, zaś Westwalenhoff na Gródek. Przez blisko pół wieku nie istniały na mapach. Oficjalnie były to tereny leśne otoczone pilnie strzeżoną strefą zamkniętą.
W Bornym Sulinowie powstała Baza Północnej Grupy Wojsk. Stacjonowało tam kilkanaście tysięcy żołnierzy wraz z rodzinami. W okolicy ulokowana była również broń atomowa. W razie wojny z Zachodem miejscowe oddziały miały za zadanie dotrzeć do Paryża.
W 1992 roku oddziały Armii Czerwonej opuściły Polskę. 
W roku 1993 Borne Sulinowo zostało oficjalnie otwarte i zaczęli się w nim osiedlać mieszkańcy.
Gródek stał się Kłominem, niestety nigdy nie wrócił do dawnej świetności. Opustoszał i obrócił się w 
ruinę. 

Borne Dziś....

Dziś Borne Sulinowo to miasteczko o walorach głównie turystycznych. Przez większość roku ciche i spokojne. Jest tu trochę pensjonatów i wiele ofert pokoi do wynajęcia. Okolice faktycznie zachęcają do pobytu i odpoczynku, bo każdy może tu znaleźć coś dla siebie. Piękne lasy. Jezioro. Ścieżki rowerowe, ciekawe szlaki turystyczne. Rzeka Piława i spływy kajakowe... To tylko niektóre z wielu atrakcji w tej okolicy. 



(foto: Zuza)

Międzynarodowy Zlot Pojazdów Militarnych.


Niewątpliwą wizytówką Bornego są Zloty Pojazdów Militarnych. Letni i zimowy. Letni cieszy się ogromną popularnością i sprawia iż przez to ciche, spokojne miasteczko, przez kilka dni przewija się kilkadziesiąt tysięcy turystów i miłośników ciężkiego sprzętu bojowego.

Moje osobiste wspomnienia z Bornego wiążą się głównie ze zlotami, dlatego postaram się nie rozpisywać zbyt mocno na ten temat, bo to dla mnie temat - rzeka :)


(foto: Zuza)

W czasie zlotu można tu zobaczyć prawdziwe perełki motoryzacji :)



(Foto: Zuza)

Można się nawdychać kurzu do oporu :D



(foto: Zuza)

(foto: gdzieś z sieci, nie pamiętam czyje....)

Można sobie polatać.....

(foto: Zuza)

I oczywiście można się zrelaksować z piwkiem na leżaczku :)

(foto: hmm - no nie powiem, że ja, ale kto je robił, też nie pamiętam.... :D )

Na zimowy zlot jak dotąd się nie wybrałam. Ale wciąż mam zamiar to nadrobić.

Inne atrakcje Bornego i okolic:

Kłomino.

To było fajne miejsce. Niektórzy nazywali je polską Prypecią. Osiedle opuszczonych bloków straszących swoimi gołymi betonowymi ścianami w środku lasu. Puste okna bez szyb, płyty betonowe odarte ze wszystkiego co miało jakąkolwiek wartość. Między blokami niezabezpieczone studzienki, z których złomiarze zerwali pokrywy. Istna Zona... :) Dopóki jeszcze istniało, było wykorzystywane przez grupy młodzieży jako świetny teren na rozgrywki larpowe. 

Byłam tam w 2010 roku. To były ostatnie chwile tego miejsca. Niedługo potem ostatnie bloki zostały całkowicie wyburzone. Dziś leżą tam tylko kupy gruzu świadczące o tym, że kiedyś żyli tu ludzie.

(foto: z internetów)
Pozostałości z czasów wojny.


Lasy dookoła Bornego wciąż obfitują w niewybuchy z czasów wojny. Zbierając grzyby można trafić na jakąś minę czy inną niespodziankę. I naprawdę nie ma żartów z takimi rzeczami, bo często są to całkiem jeszcze sprawne ładunki, które mogą wyrządzić poważną krzywdę - np. urwać rączkę albo główkę nieostrożnemu poszukiwaczowi przygód.

Nie dalej jak w 2009 roku dwóch złomiarzy wykopało beczkę gdzieś w lesie.... Beczka zawierała iperyt. Skazili tym iperytem całkiem pokaźny kawałek drogi tocząc beczkę do skupu złomu... Nie pamiętam czy w ogóle to przeżyli. W każdym razie na pewno wylądowali w szpitalu - potem tej sprawy już nie śledziłam tak wnikliwie.
Na beczki z iperytem trafili jeszcze w 2015 roku saperzy szukający niewybuchów w lesie. 
Także okolica jest ciekawa i warta obejrzenia, ale... trzeba jednak uważać i wszelkie przedmioty podejrzanie przypominające bombę należy zgłaszać odpowiednim służbom, a nie próbować zabrać do domu na pamiątkę.

Podwodny las

Ciekawą atrakcją - niestety tylko dla wybranych - jest podwodny las zatopiony w jeziorze Pile. Jeśli macie sprzęt do nurkowania w naszych zimnych wodach, to miejsce warto zobaczyć.
Ja dopisuję je na listę "rzeczy do załatwienia" :) Znając moją ciekawość i wścibskość wierzę, że i podwodny świat kiedyś stanie dla mnie otworem.

(foto: z internetów)

Piława most kolejowy.

Kolejną atrakcją turystyczną tego rejonu są spływy kajakowe Piławą.
Byłam, spłynęłam. Było fajnie :)
A jako ilustracja - zdjęcie starego mostu kolejowego nad Piławą, który sobie się tak urwał troszkę i wisi...

(foto: z internetów)


Diabelskie Pustacie.

Między Bornem a Kłominem, na terenie dawnego poligonu wojskowego, leżą malownicze wrzosowiska. Po wyprowadzce rosyjskich oddziałów poligon zaczął z czasem sam się zalesiać dlatego w 2008 roku na terenie tym został utworzony rezerwat przyrody "Diabelskie Pustacie", aby chronić unikatowe, największe w Europie wrzosowe pustkowie.

(foto: z internetów)

Reasumując - okolice Bornego Sulinowa mają wiele do zaoferowania dla ciekawego świata wędrowca. I myślę, że jeszcze nie raz tam wrócę....

sobota, 10 września 2016

Orla Perć wreszcie do końca.

Do przejścia Orlej Perci robiłam podejście trzy razy.
Pierwszy raz w lipcu 2015. Popełniliśmy błąd w planowaniu, tzn; ja popełniłam błąd zdając się na plany przyjaciela, a on popełnił błąd zakładając, że ja wykażę się taką żelazną kondycją jaką on posiada :D Nasze próby zdobycia Orlej skończyły się wtedy zejściem z Koziej Przełęczy, aby przed wieczorem dotrzeć do schroniska nad Morskim Okiem.... Na nasze usprawiedliwienie należy tylko nadmienić, że tego dnia zdobyliśmy Świnicę i dopiero ze Świnicy zeszliśmy na Zawrat i dalej na Orlą.
Drugą próbę przejścia Orlej Perci zaplanowaliśmy na październik. Pisałam o tym w poprzednim poście. Pomysł był zupełnie nietrafiony, bo nie wzięliśmy pod uwagę tego, że dzień w październiku jest dużo krótszy niż w lipcu, oraz tego, że tuż przed naszym przyjazdem spadnie kuuupa śniegu, który zasypie szlak i utrudni nam wędrówkę :)
Dopiero za trzecim razem - w lipcu 2016 roku - udało nam się przejść Orlą Perć do końca, czyli do Krzyżnego.
Ubolewam nad swoją słabą kondycją wędrówkową i nawet się nie przyznam ile godzin zajęło mi przejście tego szlaku. Ważne, że cel został osiągnięty. I tego będę się trzymać.
Amen :)



niedziela, 15 listopada 2015

Tatry październik Anno Domini 2015. Orla Perć.

Pierwsza z moich wypraw, którą można by od biedy określić jako ekstremalną, to jesienny wypad w Tatry w 2015 roku.
Tak konkretnie był to atak na Orlą Perć. Atak dosyć desperacki i trochę samobójczy, jak się okazało.... :)
Przyznam, że moje przygotowanie do tej wyprawy było co najwyżej mierne. Właściwie potraktowałam ten wyjazd jak zwyczajny, weekendowy wypad w góry. No, może nie tak do końca zwyczajny. Miałam jakąś tam świadomość, że mogę tam spotkać śnieg, którego wtedy na nizinach nie było jeszcze wcale.
W wyprawie towarzyszył mi dorosły syn. Jest on autorem poniższych zdjęć. Zdjęcia robione były telefonem, dlatego ich jakość nie jest zbyt dobra, ale zawsze to jakaś pamiątka.
Z Orlą Percią mięliśmy już wcześniej do czynienia - ale w lipcu - i pozostawiła ona w naszych sercach nieutuloną tęsknotę i nieodparte pragnienie powrotu na jej skalisty, stromy szlak.
Nie zaskoczyła nas obecność śniegu w górach, ale zaskoczyła nas jego ilość. Nie spodziewaliśmy się, że będziemy brnąć w śniegu - miejscami - po uda. No i nie wzięliśmy pod uwagę tego, że oznaczenia szlaku zasypane śniegiem będą w większości niewidoczne.
W zasadzie przyszło nam wędrować zupełnie na wyczucie. Szlak nie był przetarty, nie było wydeptanej w śniegu ścieżki, którą moglibyśmy sobie śmiało podążać. Na zdjęciu widać, że nie byliśmy na szlaku tak zupełnie sami, ale przyznam, że nieliczni ludzie, których na drodze spotykaliśmy byli trochę lepiej przygotowani na okoliczność wspinaczki w takich warunkach, niż my :)
My radośnie i niefrasobliwie, nie zaopatrzyliśmy się ani w raki, ani w czekany. Miałam ze sobą kijki trekkingowe, które sprawdziły mi się podczas letnich wędrówek po górach, uznałam więc, że mogą się przydać i zimą. Przydały się i to bardzo. Choć klasyczne czekany byłby oczywiście o niebo lepsze. Jednak posiadanie przynajmniej kijków umożliwiło mi "wymacywanie" przed sobą ścieżki pod śniegiem.
Gdzieś na grani zaliczyłam jeden malutki zjazd. Ot, but mi się poślizgnął na oblodzonej skale. Zsunęłam się może pół metra. Ale przyznam, że wrażenia tego nie zapomnę chyba do końca życia. Mój partner stał już na półce metr nade mną i nie miał najmniejszej szansy złapać mnie za rękę. Gdybym nie złapała równowagi sama, to czekał mnie niekontrolowany zjazd daleeeeko w dół....
Cóż.
Dla takich chwil się żyje.
Z przydatnych sprzętów zabraliśmy ze sobą uprzęże i lonże. Po moim małym potknięciu w dalszej wspinaczce gorliwie z nich korzystaliśmy, ubolewając nad tym, że z lenistwa - żeby nie dźwigać zbędnych kilogramów - nie wzięliśmy ze sobą liny. Cóż. Teraz wiem, że zimą w górach porządny kawałek liny nie jest ZBĘDNYM obciążeniem :) Lonża z karabinkiem za to świetnie sprawdza się przy łańcuchach i drabinkach.
Sprawdził mi się też jak najbardziej mój ulubiony mundur (polski wz w wersji pustynnej), mimo iż z założenia jest to strój letni. W połączeniu z termiczną bielizną - również polska wojskowa - doskonale dawał radę w tych warunkach.
Przyznam, że jeśli chodzi o sprzęt, była to wyprawa naprawdę po najmniejszej linii oporu. Moje stare mechanixy (rękawiczki - dla niewtajemniczonych) przemokły mi dokumentnie. Przydałyby się porządne w wersji zimowej, na goretexie i tym podobnych bajerach :) ale było to co było pod ręką.
Niewątpliwie istotnym uzupełnieniem ekwipunku na tą wyprawę okazały się racje żywnościowe typu MRE z podgrzewaczem karbidowym.
No i termos z gorąca kawą :D
Cóż. To był jednodniowy wypad. Przeszliśmy zaledwie odcinek od Zawratu, gdzieś do Koziego Wierchu. Zajęło nam to cały (krótki, jesienny) dzień. Z Murowańca do Murowańca :) Do schroniska dotarliśmy grubo po zmroku. Ale przyznam, że gwiazdy nigdzie chyba nie podobały mi się tak bardzo jak tej nocy nad Tatrami.