Pierwsza z moich wypraw, którą można by od biedy określić jako ekstremalną, to jesienny wypad w Tatry w 2015 roku.
Tak konkretnie był to atak na Orlą Perć. Atak dosyć desperacki i trochę samobójczy, jak się okazało.... :)
Przyznam, że moje przygotowanie do tej wyprawy było co najwyżej mierne. Właściwie potraktowałam ten wyjazd jak zwyczajny, weekendowy wypad w góry. No, może nie tak do końca zwyczajny. Miałam jakąś tam świadomość, że mogę tam spotkać śnieg, którego wtedy na nizinach nie było jeszcze wcale.
W wyprawie towarzyszył mi dorosły syn. Jest on autorem poniższych zdjęć. Zdjęcia robione były telefonem, dlatego ich jakość nie jest zbyt dobra, ale zawsze to jakaś pamiątka.
Z Orlą Percią mięliśmy już wcześniej do czynienia - ale w lipcu - i pozostawiła ona w naszych sercach nieutuloną tęsknotę i nieodparte pragnienie powrotu na jej skalisty, stromy szlak.
Nie zaskoczyła nas obecność śniegu w górach, ale zaskoczyła nas jego ilość. Nie spodziewaliśmy się, że będziemy brnąć w śniegu - miejscami - po uda. No i nie wzięliśmy pod uwagę tego, że oznaczenia szlaku zasypane śniegiem będą w większości niewidoczne.
W zasadzie przyszło nam wędrować zupełnie na wyczucie. Szlak nie był przetarty, nie było wydeptanej w śniegu ścieżki, którą moglibyśmy sobie śmiało podążać. Na zdjęciu widać, że nie byliśmy na szlaku tak zupełnie sami, ale przyznam, że nieliczni ludzie, których na drodze spotykaliśmy byli trochę lepiej przygotowani na okoliczność wspinaczki w takich warunkach, niż my :)
My radośnie i niefrasobliwie, nie zaopatrzyliśmy się ani w raki, ani w czekany. Miałam ze sobą kijki trekkingowe, które sprawdziły mi się podczas letnich wędrówek po górach, uznałam więc, że mogą się przydać i zimą. Przydały się i to bardzo. Choć klasyczne czekany byłby oczywiście o niebo lepsze. Jednak posiadanie przynajmniej kijków umożliwiło mi "wymacywanie" przed sobą ścieżki pod śniegiem.
Gdzieś na grani zaliczyłam jeden malutki zjazd. Ot, but mi się poślizgnął na oblodzonej skale. Zsunęłam się może pół metra. Ale przyznam, że wrażenia tego nie zapomnę chyba do końca życia. Mój partner stał już na półce metr nade mną i nie miał najmniejszej szansy złapać mnie za rękę. Gdybym nie złapała równowagi sama, to czekał mnie niekontrolowany zjazd daleeeeko w dół....
Cóż.
Dla takich chwil się żyje.
Z przydatnych sprzętów zabraliśmy ze sobą uprzęże i lonże. Po moim małym potknięciu w dalszej wspinaczce gorliwie z nich korzystaliśmy, ubolewając nad tym, że z lenistwa - żeby nie dźwigać zbędnych kilogramów - nie wzięliśmy ze sobą liny. Cóż. Teraz wiem, że zimą w górach porządny kawałek liny nie jest ZBĘDNYM obciążeniem :) Lonża z karabinkiem za to świetnie sprawdza się przy łańcuchach i drabinkach.
Sprawdził mi się też jak najbardziej mój ulubiony mundur (polski wz w wersji pustynnej), mimo iż z założenia jest to strój letni. W połączeniu z termiczną bielizną - również polska wojskowa - doskonale dawał radę w tych warunkach.
Przyznam, że jeśli chodzi o sprzęt, była to wyprawa naprawdę po najmniejszej linii oporu. Moje stare mechanixy (rękawiczki - dla niewtajemniczonych) przemokły mi dokumentnie. Przydałyby się porządne w wersji zimowej, na goretexie i tym podobnych bajerach :) ale było to co było pod ręką.
Niewątpliwie istotnym uzupełnieniem ekwipunku na tą wyprawę okazały się racje żywnościowe typu MRE z podgrzewaczem karbidowym.
No i termos z gorąca kawą :D
Cóż. To był jednodniowy wypad. Przeszliśmy zaledwie odcinek od Zawratu, gdzieś do Koziego Wierchu. Zajęło nam to cały (krótki, jesienny) dzień. Z Murowańca do Murowańca :) Do schroniska dotarliśmy grubo po zmroku. Ale przyznam, że gwiazdy nigdzie chyba nie podobały mi się tak bardzo jak tej nocy nad Tatrami.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz